W ubiegły
piątek byłam w szpitalu. Ciekawa historia, zaczęła się wtedy gdy przyjechało
pogotowie oczywiście ratownicy zaczęli do mnie mówić głośno ( bo przecież
jestem głucha ) oni byli pierwszymi osobami których udało
mi się z edukować . W karetce latały mi nogi, więc sanitariusz dostawał
co raz ode mnie. Przeprosiłam i wytłumaczyłam .
W szpitalu najpierw czekałam chwile, aż mogłam się zarejstrować. A to
ciekawa metoda rejstracji bo wskazywałam na alfabecie moje dane a znajoma
wpisywała. Gdy przyszła pora na podpis wspomnę, że nie mam podpisu moja znajoma
podpisała za mnie. Po dłuższej chwili zrobili mi badania, a to wyglądało tak,
że bardzo miła Pani pomogła mojej znajomej przesiąść mnie na łóżko. Następnie chwile poczekałam i przyjęli mnie
na oddział chyba taki ogólny. Byłam
najmłodszą z pacjentek, ze względu na
niepełnosprawność wszyscy chcieli mnie przepuszczać, wtedy sobie pomyślałam że
ja mam przynajmniej wygodne siedzenie i nie muszę stać. Po drugie jak już
pisałam jestem najmłodszą na izbie przyjęć . Minęły chyba dwie godziny zanim
przyszedł po raz pierwszy lekarz na początku nie wiedział jak do mnie podejść,
ale od razu zaczęłam wskazywać na tablicy odpowiedź na pytanie lekarza „co mi
jest??”. Zlecił kolejne badania , pierwsze było USG, które było na leżąco i
trochę im nie podobało się. Później musiałam zrobić rentgen na stojąco to było
wyzwanie. Na szczęście znów trafiłam na bardzo życzliwą Panią, która nam
pomogła. Byłam trzymana przez moją znajomą i siostrę po bokach. W pewnym
momencie myślałam, że zostanę na noc w szpitalu, ale jakimś cudem udało się
tego uniknąć. Bardzo dziękuje tym ludziom za pomoc i życzliwość.
sobota, 2 listopada 2013
piątek, 4 października 2013
"Chce się żyć"
Miałam to ogromne szczęście,że mogłam być na premierze tego filmu we środę 2 października w Dniu Osób z Porażeniem Mózgowym. W filmie mogłam odnaleźć swoje życie. Odczytałam dla nas wszystkich zadanie do wykonania. Musimy jako osoby z MPD domagać sie dyskursu na temat diagnozy i rozpoznania możliwości naszego intelektu.
Film nie jest do oglądania z Coca Colą i popkornem w ręce, ale z paroma paczkąmi chusteczek.
Warto iść do kina i zobaczyć ten wspaniały film.
Film nie jest do oglądania z Coca Colą i popkornem w ręce, ale z paroma paczkąmi chusteczek.
Warto iść do kina i zobaczyć ten wspaniały film.
sobota, 28 września 2013
Od kołyski do uniwersytetu
Od kołyski do uniwersytetu
W dniu 22 września 1990 roku
przyszłam na świat w rodzinie inteligenckiej, wielodzietnej jako piąte dziecko.
Nazywam się Agnieszka Bal. Jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia. Mam
porażenie mózgowe z koreoatetozą to znaczy - uszkodzenie mózgu, które powoduje
u mnie ruchy mimowolne, zaburzenie mowy
i wzroku. Już jako dziecko nie miałam żadnych ulg czy przywilejów, a moje
starsze rodzeństwo traktowało mnie normalnie. W końcu nastał czas przedszkola.
Poszłam do przedszkola integracyjnego, gdzie był mix dzieci sprawne z
niepełnosprawnymi i to diametralnie różne. Na przykład byłam ja i jakieś
dziecko, które mnie gryzło. Czułam się bezradna. Wówczas moja Mama założyła dla mnie
stowarzyszenie"Po pierwsze Rodzina", a potem poradnię "AGA"
z zajęciami w systemie Peto.
W Poradni AGA
miałam najpierw nauczanie indywidualne.
Przez trzy lata miałam Damę za nauczycielkę Panią Teresę Werhonowicz, a potem
szkołę podstawową „Nasza Szkoła” i kilku nauczycieli. Pamiętam,
że w rodzinie nie byłam gdzieś z boku schowana ani też w centrum
zainteresowania. Rodzice zabierali mnie wszędzie, jak to się zabiera tak zwane
normalne dziecko, przykładowo: byliśmy kiedyś
na pikniku rodzinnym pod Warszawą i tam można było wjeżdżać w kluczu na
ściankę o wysokości 12m. Drogi
Czytelniku ciekawe czy zgadniesz: kto z naszej rodziny wjechał na górę? Oczywiście, ja! Opisałam ten przykład, aby ukazać, że w
dzieciństwie nauczyłam się odwagi i pokonywania stereotypów. Wrócę do opisu mojej drogi edukacji. Podczas
pobytu w ośrodku „Krok za Krokiem” w Zamościu , poznałam Panią Agnieszkę Pilch,
która uczyła mnie symboli Bliss. One, jako pierwsze, dały mi szansę
porozumiewania się ze światem. Miałam swoją książkę z około 200
symbolami, którymi się posługiwałam.
Potem nie wiem dlaczego wydawało mi się, że Bliss jest jak język
chinski, ma trudne rysunki i wolałam nauczyć się piktogramów. Powstała druga
moja książka do z bardzo wieloma obrazkami. Ciągle w komunikacji czegoś mi
brakowało, odkąd pamiętam marzyłam o studiach na uniwersytecie i w pewnym
momencie zdałam sobie sprawę, że nie uda mi się być na studiach jeśli nie
nauczę się liter – czytania i pisania.Miałam bardzo dużo problemów z nauką
czytania, pisania i liczenia. Liczyć
nauczyłam się w piątej, a czytać dopiero w szóstej klasie. Myślę, że
moje problemy z tymi umiejętnościami wynikały z tego, że wiedziałam o opinii
mojego otoczenia, że nigdy nie nauczę się ani pisania, ani czytania, ani
matematyki nie mówiąc o geometrii. Dziś
uważam, iż u mnie niestety zadziała autosugestia. Na szczęście spotkałam na swojej drodze życia
dwie studentki, jedna to moja siostra Dominika, która nauczyła mnie matematyki,
a druga Magda, która podczas pierwszej lekcji polskiego dała mi, z wiarą w moje
umiejętności, tekst do czytania i … przeczytałam "Świteziankę". W końcu zbliżał się Wielkimi Krokami Test
Kompetencji po Vl klasie. W dniu piątym
kwietnia 2005 podeszłam do pierwszego
mojego egzaminu. Wiedziałam, że kogoś
ktoś tam zwalnia z egzaminu, ale
wydawało mi się tak naturalne, że się
zdaje. Cały ciężar decyzji jeszcze spoczywał na mojej Mamie. W ciągu swego życia miałam niezliczoną ilość
testów na inteligencję. Byłam
przebadana. Dostałam orzeczenie o
potrzebie kształcenia specjalnego w klasie integracyjnej. W orzeczeniu było, że
mam dostać nauczyciela wspierającego specjalnie do mnie przypisanego. Zaczął
się! Koszmar z szukaniem gimnazjum, nie mogłyśmy znaleźć szkoły, w której będę
mogła codziennie mieć lekcje ze swoją klasą. Trwało to prawie dwa miesiące! W końcu Mama napisała w moim imieniu, gdyż wówczas nie byłam jeszcze pełnoletnia,
żeby Biuro Edukacji znalazło mi
gimnazjum. Poszłam
do gimnazjum 123 im. Jana Pawła II na
Białołęce w Warszawie, 15 kilometrów od mojego domu na Żoliborzu. Musiałam tam nauczyć się wszystkiego, co inny
uczeń zwyczajnie wie od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Uczestniczyłam, w nowym dla mnie, życiu
szkoły.
Na przykład
były wybory do samorządu szkolnego, nie wiedząc, kto to jest zastępca
przewodniczącego w klasie, niebacznie zgłosiłam się i przez dwa lata z rzędu pełniłam tę funkcję
. W ciągu tego okresu udało mi się doprowadzić do zmiany w
statucie szkoły, gdzie punkty za pomoc uczniom niepełnosprawnym były
przyznawane przez nauczycieli sprawnym uczniom. Po zmianie punkty były za
postawę woluntarystyczną i mogli dostawać je wszyscy uczniowie. Za
przeprowadzenie tej zmiany byłam nominowana do Konkursu Ośmiu Wspaniałych.
Musiałam pochwalić się na papierze, wypisując zgłoszenie do Konkursu. Zawsze
jest jakiś problem z tym chwaleniem się po zrobieniu czegoś dobrego. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu dostałam
specjalne wyróżnienie prezesa fundacji „Świat na Tak „ . Nieuchronnie już musiałam podjąć decyzję jak
na owy czas na pewno najtrudniejszą w moim życiu! Już byłam w trzeciej klasie gimnazjum. Od początku roku szkolnego większość mojego
grona pedagogicznego odradzało mi podchodzenie do egzaminu gimnazjalnego, a Ja
chciałam zdawać. W pewnym momencie
pomyślałam sobie, że to Ja już nie będę robić problemów szkole i że nie zdaję.
Nie wiem Czy Ktoś Na Górze Czy Co?
Poszłam na kolejną rozmowę do Pani Renaty Królak i mówię na tablicy
alfabetycznej, że jak to jest taki
problem dla szkoły to mogę nie zdawać.
Usłyszałam od pani Renaty słowa,
których nie zapomnę chyba do końca życia, brzmiały one tak: szkoła ma obowiązek
zapewnić Tobie możliwość zdawania egzaminu. W dniach 24-25 kwietnia 2008 roku
zdałam Egzamin Gimnazjalny, otrzymałam Świadectwo Ukończenia Gimnazjum z
wynikami Egzaminu. Droga do liceum była otwarta, ale wyglądała analogicznie do
drogi do gimnazjum czyli szukanie było bezowocne. Tym razem sama pisałam e' mail do Dyrektora Biura Edukacji, udało
się i zostałam przyjęta do ZSO Nr V im. Stefana Kisielewskiego na Pradze
Południe, 17 kilometrów od mojego domu na Żoliborzu.
Po tych
kłopotach z egzaminem gimnazjalnym uznałam,
iż powiem Panu Dyrektorowi Janowi Pilczukowi od razu, z góry, że będę
chciała pisać maturę. Pan Dyrektor wydawał
się opowiadać za tą moją propozycją.
Nie przewidziałam jednak tego, że już za parę dni podczas rozpoczęcia
roku szkolnego usłyszę od mojej nauczycielki, która była moim wspierającym
pedagogiem, to co mówiono mi potem przez
wszystkie lata liceum- żebym zrezygnowała z codziennego chodzenia do
szkoły na wszystkie lekcje z moją klasą… Wówczas byłam zszokowana
tym pomysłem. Nie tego bym pragnęła. Na
szczęście moje gimnazjum napisało mi
opinię, że u nich uczestniczyłam we
wszystkich lekcjach w klasie. Oficjalnie
nie było już tematu. Ciągle jednak
słyszałam jakieś aluzje. Zapisałam się
na drugi język - rosyjski. Chyba po
miesiącu zrezygnowałam, gdyż nie wytrzymałam uwag nauczycielki na mój temat, a
tym samym otworzyłam niechlubny poczet rezygnujących uczniów. Miałam w pierwszej klasie i chyba do połowy
drugiej, bardzo mądrą i życzliwą Panią wychowawczynię Iwonę Szostak-Kulpę. Ta Pani uczyła mnie języka polskiego i wiedzy
o kulturze. Od drugiej klasy do końca
Liceum miałam jako nauczyciela wspierającego Pana Rafała Szaszko, który szybko poznał moje
możliwości. Drogi czytelniku czy
kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym,
czy osoba niepełnosprawna, z technicznego punktu widzenia może chodzić na
wagary, nie biorąc pod uwagę aspektu
etycznego? Przyznam
się, że tak, na korytarzu szkolnym bywałam na wagarach.
W trzeciej
klasie był już dramat . W połowie roku moja następna Pani wychowawczyni
przekonała moją Mamę , żebym miała nauczanie indywidualne. Od środy do piątku
cały świat wydawał się mi przeciwny. Przypomniałam sobie słowa Pani Renaty
Królak o egzaminie gimnazjalnym. W tym czasie bardzo pokłóciłam się z Mamą i
powiedziałam, że nie miała prawa za mnie decydować, bo jestem już pełnoletnia.
Wymogłam na Mamie, żeby zadzwoniła do Pani wychowawczyni, odwołała swoją
decyzję i przekazała, że ja postanowiłam chodzić normalnie do szkoły i
przygotowywać sie do matury. Wiedziałam, że jak zgodzę się na nauczanie
indywidualne, to będę miała o wiele mniej godzin lekcyjnych, a ja mam najlepszą pamięć słuchową i
sytuacyjną i najlepiej uczę się podczas lekcji. Szkoła nie miała
wyjścia i na całe szczęście wszystko wróciło do normy. Narobiłam sobie pięć zagrożeń, które
zaliczyłam w niecałe dwa tygodnie. Prosiłam o zmianę nauczyciela wspierającego
na egzamin i Pan Dyrektor przychylił się do mojej prośby. Ukończyłam klasę
trzecią. Jedna z nauczycielek, podczas uroczystego zakończenia roku, życzyła mi,
żebym realizowała swój plan na życie, a nie Mamy. To mnie zamurowało i nie
odpowiedziałam nic. W dniach od 4 do 24 maja 2011 roku zdawałam maturę. Egzamin
był dostosowany do mojej niepełnosprawności. Pisałam, wskazując łokciem lewej
ręki, polski i matematykę po 7 godzin
korzystając ze specjalnie przygotowanych i umieszczonych na blacie wózka tablic. Wiedzę o
Społeczeństwie i angielski zdawałam po pięć godzin, a egzaminy ustne zdawałam
około godziny.
Zawsze w
skład Komisji Egzaminacyjnej wchodził nauczyciel wspomagający, który dobrze
potrafił się ze mną komunikować.

Uniwersytet przystosował się do
mojej niepełnosprawności. Mam transport specjalistyczny (Bus z herbem
Uniwersytetu!) , asystentów transportowych na dalsze przejścia i asystentów
notujących podczas zajęć. Uczestniczę we wszystkich zajęciach zgodnie z planem
studiów. Formę zaliczeń i egzaminów każdorazowo uzgadniam z prowadzącymi
zajęcia.
Właśnie
zaliczyłam z wysoką średnią drugi rok studiów, wybrałam specjalizację marketing
polityczny. Po licencjacie chcę podjąć studia magisterskie na Dziennikarstwie.
Myślę, iż
nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem i nie byłoby tego artykułu, gdyby nie
wiele osób które mi pomagały!
Pozwolę
sobie wymienić tu niektórych i im bardzo
serdecznie podziękować. Przede
wszystkim mojej Mamie i całej mojej rodzinnie, nie miałabym pędu do wiedzy,
gdyby nie moje korzenie. W drugiej
kolejności bardzo dziękuję Paniom Agnieszce Pilch, Teresie Werhonowicz, Renacie
Królak, Ewie Milewskiej, Iwonie Szostak-Kulpie oraz Panu Rafałowi Szaszko i wszystkim
moim nauczycielom za okazaną mi pomoc w zdobywaniu wykształcenia.
Warszawa,
19.09.2013 r.
sobota, 17 sierpnia 2013
"Podróż marzeń"
W dniu 5 sierpnia wyruszylam z domu do Szczecina na ,jak mi sie wydawalo, podróż życia.Miałam płynąć na żaglowcu Tinacious do Edynburga. Jest to jeden z dwóch żaglowców na świecie przystosowanych dla osób niepelnosprawnysch. Bylam bardzo szczęśliwa, że miałam szansę płynąc w rejs. Spełnilam wszystkie warunki. Organizatorzy wiedzieli w jakim jestem stanie zdrowia, albo wydawalo mi sie, ze wiedzą ;-)
Wypelnilam wszystkie formularze medyczne, odpowiedzialam na dodatkowe pytania. Po kilku dniach dostalam informację, że mogę plynąć.....muszę tylko mieć swoją asystentkę.... o dziwo miałam bardzo dużo problemów ze znalezieniem osby, która zaakceptuje organizator. Ucieszylam sie, gdy dostalam informacje, że organizator ma dla mnie dwie asystentki.Okazalo sie, ze obie nic nie wiedzą o mojej niepełnosprawnosci.
W tej sytuacji wysłałyśmy jeszcze zgloszenie mojej przyjaciółki Magdy. Zostalo przyjęte. Organizatorzy potwierdzili, że mam Magdę i dwie osoby Jej do pomocy. Wtedy wykonałam wszystkie opłaty, kupiłam bilety i w dniu 5 sierpnia wyruszylam w podróz marzeń. O drugiej po poludniu zostałam z Magdą zaokretowana na , dostałyśmy kajutę, rozpakowaly bagaże... i okolo piatej zaczał sie koszmar!!!
Najpierw kapitan przyszedl i wezwal mnie na rozmowę. Uczestniczylo w niej parę osób. Rozmawialismy po angielsku przy pomocy mojej tablicy. Pózniej była narada, a w międzyczasie poprosili Magdę i kolejno dwie osoby, o których wiedziałyśmy,że są nam do pomocy. Po ich powrocie dowiedziałam się,że pewnie nie popłynę. Po kolejnych dwóch, albo trzech godzinach zostałam poposzona z Magdą do kapitana, który w obecności pielęgniarza i miłej pani- oficera łącznikowego z portem-powiedział,że faktycznie nie mogę płynąć, bo okazało się, że obie dziewczyny nie chcą mi pomagać. Myślałam,że umrę, ale trzeba było wracać do domu...
W moim życiu przekonałam się,że łatwiej jest mi wyjechać do miejsc tzw niedostosowanych ze zwykłymi życzliwymi ludźmi niż do tak zwanych dostosowanych miejsc.
Wypelnilam wszystkie formularze medyczne, odpowiedzialam na dodatkowe pytania. Po kilku dniach dostalam informację, że mogę plynąć.....muszę tylko mieć swoją asystentkę.... o dziwo miałam bardzo dużo problemów ze znalezieniem osby, która zaakceptuje organizator. Ucieszylam sie, gdy dostalam informacje, że organizator ma dla mnie dwie asystentki.Okazalo sie, ze obie nic nie wiedzą o mojej niepełnosprawnosci.
W tej sytuacji wysłałyśmy jeszcze zgloszenie mojej przyjaciółki Magdy. Zostalo przyjęte. Organizatorzy potwierdzili, że mam Magdę i dwie osoby Jej do pomocy. Wtedy wykonałam wszystkie opłaty, kupiłam bilety i w dniu 5 sierpnia wyruszylam w podróz marzeń. O drugiej po poludniu zostałam z Magdą zaokretowana na , dostałyśmy kajutę, rozpakowaly bagaże... i okolo piatej zaczał sie koszmar!!!
Najpierw kapitan przyszedl i wezwal mnie na rozmowę. Uczestniczylo w niej parę osób. Rozmawialismy po angielsku przy pomocy mojej tablicy. Pózniej była narada, a w międzyczasie poprosili Magdę i kolejno dwie osoby, o których wiedziałyśmy,że są nam do pomocy. Po ich powrocie dowiedziałam się,że pewnie nie popłynę. Po kolejnych dwóch, albo trzech godzinach zostałam poposzona z Magdą do kapitana, który w obecności pielęgniarza i miłej pani- oficera łącznikowego z portem-powiedział,że faktycznie nie mogę płynąć, bo okazało się, że obie dziewczyny nie chcą mi pomagać. Myślałam,że umrę, ale trzeba było wracać do domu...
W moim życiu przekonałam się,że łatwiej jest mi wyjechać do miejsc tzw niedostosowanych ze zwykłymi życzliwymi ludźmi niż do tak zwanych dostosowanych miejsc.
wtorek, 16 lipca 2013
Berlin
Miałam to szczęście, że mogłam być w Berlinie.
Berlin jest miastem pełnym kontrastów.
Z jednej strony widać dzielnice, a nawet strony ulic,
które są w stylu komunistycznym, a zaraz obok piękne nowoczesne
budynki lub wyremontowane budynki.
Jak dostanę zdjęcia, to zobaczycie sami. ;-)
Berlin jest miastem pełnym kontrastów.
Z jednej strony widać dzielnice, a nawet strony ulic,
które są w stylu komunistycznym, a zaraz obok piękne nowoczesne
budynki lub wyremontowane budynki.
Jak dostanę zdjęcia, to zobaczycie sami. ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)